milaya way

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!

maj, czerwiec, lipiec, sierpień...
tyle czasu minęło od ostatniego wpisu...
w czerwcu urodziłam...

szczerze mówiąc jestem makabrycznie zmęczona życiem, nie mam na nic siły, łamię się w każdym momencie egzystencji wyczerpana jakąkolwiek walką nieustannie bez efektów, bez przerwy oszukiwana przez osoby, które chciałam po prostu kochać bez wymagań poza szczerością i obecnością, szukająca siłą powodów do życia...
i całe szczęście posiadająca dwójkę już cudownych skarbów...
maluchy, to jedyna motywacja do funkcjonowania, największa jednocześnie... bardzo się cieszę, że Bóg dał mi moje szkraby.

mam w sobie tony bólu, który nieustannie staram się wyrzucać i który mimo wielu porządków narasta...
mam miłość, którą chciałabym przelać nie tylko na dzieci, ale także na człowieka, którego kocham... wyrósł jednak mur między nami, a zburzyć go nie potrafię...

teraz jedyne co wiem, to to, że boli za mocno... i za długo...
i nie mam pojęcia co zrobić...
07.08.2013 o godz. 02:22

znowu jestem po długiej przerwie...
znowu życie okazuje się do bani...

historii mimo dużego zaparcia nie skończyłam... pewnie już nie skończę... im dalej szłam z pisaniem tym bardziej bałam się tych wszystkich wspomnień... myślałam, że nie boli już tak bardzo, a jednak rozgrzebywanie starych ran nie było dobrym pomysłem... czy dokończę...? może kiedyś...

w tym czasie zmieniło się trochę...
"pana wielmożnego" mogę już legalnie nazwać byłym mężem, co zrzuciło mi pewien kamień z serca... a im dalej od sprawy formalnej, tym bardziej widzę, że wszelkie zastraszanie mnie miało na celu jedynie to, żebym przypadkiem nie narobiła mu kłopotów... szkoda tylko, że nie można było pogadać, tylko jak zwykle ocenił mnie jako wredne babsko, które chce mu zaszkodzić... niby po co... chciałabym, żeby zniknął z mojego życia... nic więcej...

ON z kolei... okazał się jak wszyscy faceci... egoista... kłamca... kurwa jak to boli...
tylko dupy mu w głowie... bo po co uszanować tą, z którą się jest... zawsze można coś poukrywać... żeby nie było tak drastycznie - nie zdradził mnie... a przynajmniej nic takiego się nie wydało... ale to co robił z szacunkiem niewiele wspólnego miało... tym bardziej krycie się przez długi czas... a obawy miałam, wątpliwości miałam, często pytałam... i jak zwykle musiało wyjść przypadkiem... bo zawsze zaprzeczał...
prysnęła moja bajka jak bańka mydlana... zmieniło się wszystko... nie ufam... nie patrzę jak kiedyś... nie cieszę się mimo uśmiechu na twarzy...
wylałam znowu morze łez...
ale te baby są naiwne, kop za kopem, a jednak przyjmują następny...
nie wiem jaki ON jest na prawdę... mówi, że to z głupoty, ze strachu...ble ble ble...
czy jesteśmy razem? tak... pominęłam chyba dość istotny szczegół... jestem w ciąży...
czy bylibyśmy razem gdyby nie maleństwo? nie wiem... nawet w tej sytuacji zastanawiam się czy to wszystko ma sens...
jak przykre jest kiedy ktoś z własnego wyboru, poprzez kłamstwo nagle staje się zupełnie obcy...
mówi, że kocha...
ale przecież już wiele mówił...
co z tym robi...?
jak dla mnie nie wiele... mówi, że nie potrafi okazywać uczuć... znowu ble ble ble...
zawsze wydawało mi się, że dla miłości tej prawdziwej aż chce się rzucić wszystko, byle tylko zachować to uczucie...
znowu mi się wydawało...
jak zawsze na końcu dla całego świata... dla bliskich - a w sumie co to znaczy w końcu...? kto to jest ten "bliski"...?

głupia idiotka kolejny raz została sama jak palec w tym porąbanym świecie... i mimo, że chce żyć... dać szczęście, to chyba nie otrzyma tego co pragnie...
a pragnie tylko być kochaną...

dziękuję Bogu za moje potomstwo.
chyba tylko te dwa maleństwa będą kiedykolwiek kochały mnie bezwarunkowo, tylko za to, że jestem...
12.04.2013 o godz. 22:31

moje potomstwo słodko drzemie a ja zamiast odpocząć przy nim, nie mogę usiedzieć w miejscu a o zmrużeniu oka nie mam mowy... czas pisać dalej...

II.
"pan wielmożny" tak go nazwijmy. to ten ostatnio wymieniony w części poprzedniej... ważny...
tak więc nowa praca przyniosła także nowe wyzwania. z opinii przełożonych radziłam sobie dobrze ponad normę, szybko więc moja pozycja w firmie stawała się coraz stabilniejsza. pracy było dużo, czasem za dużo, ale do tego momentu jeszcze chwila. im więcej zadań, zwłaszcza dobrze wykonanych, tym więcej też mówiło się o nowej osobie, a że praca wymagała ode mnie wyjazdów, to poznałam większość pracowników osobiście dość szybko. "pan wielmożny był jednym z nich". z plotek wewnętrznych słyszałam, że już dawno sam powinien się ze mną skontaktować, bo taki ma zwyczaj, kiedy pojawia się nowa osoba, czego jednak nie uczynił... atmosfera ciekawości wzrastała ogólnie i wszyscy byli ciekawi na nasze reakcje... jak się później dowiedziałam, byli ciekawi czy przypadniemy sobie do gustu, a niektóre osoby postanowiły sobie delikatnie nas zeswatać... rzeczywiście, kiedy moment naszego pierwszego spotkania nadszedł "pan wielmożny" zaniemówił, co podobno mu się nie zdarza, bo jest strasznie gadatliwy z natury. podryw się zaczął, choć nienachalnie, wręcz przypadkowo z jego strony... ponoć stwierdził, że za dobry ze mnie materiał dla niego i nie warto próbować, a jednak usilnie się kręcił wokół mnie. jakiś czas później zaczęły się rozmowy, po jednej z imprez zaczęliśmy się całować... i w sumie tyle... dopiero po jakimś czasie nawiązaliśmy kontakt telefoniczny i tak długie godziny spędzaliśmy na poznawaniu siebie. wydawało mi się fajne, że ktoś poświęca mi tyle czasu, rozmawia ze mną a nie od razu do łóżka i koniec... w trakcie jednej z rozmów dowiedziałam się, że ma dziewczynę...
bum nr 1... szkoda, że nie powiedział mi tego wcześniej... temat nawiązał się przypadkiem i udał oczywiście, że myślał, że ja o niej wiem... co niestety prawdą nie było... ups... a żeby było mało zawiłości okazało się, że pracowała w tej samej firmie i została zwolniona niedługo przed moim przyjściem... i jakby wszyscy w sumie ją znali a nikt nie rzucił tego typu plotką w moją stronę... hmm...
nasze rozmowy zbiegły na inny tor, chociaż może trzeba było je po prostu przerwać, choć w sumie to nie do końca miało by sens w momencie wspólnej pracy. dystans był odczuwalny. szybko jednak zmienił się we współczucie i chęć pomocy kiedy "pan wielmożny" zaczął opowiadać, że nie układa mu się w związku, a jednak nie chciałby stracić tej dziewczyny i nie wie co robić. pewne historie były zadziwiająco podobne do moich przeżyć ze związku młodzieńczego, więc nasze rozmowy, biegnące już po innych torach, nadal trwały. po jakimś czasie niestety zaczął dzwonić po każdej kłótni z nią, żeby się wyżalić, wywrzeszczeć i teoretycznie uspokoić. z jednej strony rozumiałam, że skoro ostatnio mnie mówi na ten temat najwięcej, to właśnie w kiepskich chwilach też do mnie dzwoni, jednak były momenty, które nie dawały mi spokoju... często ją wyzywał mówiąc o niej... mówił, że chyba zadzwoni znowu i jej nawrzuca, bo jak ona mogła... nerwy ok, ale to było tak trochę nie po męsku jak dla mnie... ich staż był 8 letni... paradoks... wierzyłam więc, że mimo upływu lat nie dojrzali do bycia razem na wieki.
nadszedł dzień, w którym zadzwoniłam do "pana wielmożnego" zapytać jak się czuje, bo wiedziałam, że miał mieć ciężki wieczór... usłyszałam w słuchawce tylko: "zadzwonię później, rozstałem się z dziewczyną...". może wiele osób pomyśli inaczej, ale zrobiło mi się smutno... przez ostatni czas miałam wrażenie, że też walczę o ten związek... nie zależało mi na facecie, bo byłam sama... miałam dużo przejść za sobą i odbicie kogoś nie przeszło mi przez myśl. a rozstania nigdy nie są łatwe...
tak właśnie zakończył się związek "pana wielmożnego..."
kolejny jego krok był jednak zaskakujący, ponieważ kiedy oddzwonił, z wielkim uśmiechem w głosie powiedział, że jedzie do mnie. z jednej strony super, bo to takie spontaniczne i w sumie z deka romantyczne, zwłaszcza, że miał do przejechania ok 200km... z drugiej... hmm... dopiero się rozstali a tu radość i przejście do normalności w trybie ekspress... no cóż...
przyjechał. był spacer, wypad do kina, włóczęga po stolicy... randka idealna... zachowywał się jakby nikogo przede mną nie było, a przecież jednak... na do widzenia odwiózł mnie do domu i był dość zaskoczony, że nie zaprosiłam go do mieszkania (bo wiedział, że mieszkam sama) i w efekcie musi w nocy wracać. trudno, ale nie miałam zamiaru. później mówił oczywiście, że mu to zaimponowało, ale teraz szczerze wątpię a wręcz nie wierzę zdecydowanie.
znowu spędzaliśmy wiele godzin na rozmowach... znowu bardziej o nas... gdzieś zaczynało się to wszystko kręcić, a ja byłam zadowolona, że rozmawiamy a nie spędzamy ze sobą od razu całe życie.
oczywiście przewijały się w tematach rozmowy o byłej, niestety w podobnym tonie... ucinałam więc, że nie ma sensu o tym mówić, skoro podobno postanowił już do niej nie wrócić. nie koniecznie jednak to działało i tu powinnam zastanowić się po raz drugi, jednak tym razem wytłumaczenie, że tylu lat razem nie da się wymazać również wydało mi się logiczne i choć liczyłam na ograniczenia, to znosiłam tematy puszczając je mimo uszu...
nadeszły też dni, kiedy ja pojechałam do niego. było miło, mama miła, cała rodzina przywitała mnie z otwartymi ramionami... cud, miód, orzeszki... do czasu... po latach dowiedziałam się, że na początku przedstawiał mnie po prostu jako koleżanką, która nie ma gdzie przenocować... nice hmm... poznawałam jego znajomych... nawet przyjaciółkę byłej, która na początku podejrzliwie i wypytująco podchodziła do naszej znajomości, jednak po czasie udało nam się wręcz zaprzyjaźnić i żeby było śmieszniej, to kontakt mamy do dziś. wszystko zapowiadało się na początek pięknej historii dwójki ludzi, którzy mogą być ze sobą na prawdę szczęśliwi... związek na odległość zwykle jest ciężki i nieczęsto trwa długo, po moich różnych doświadczeniach jednak było to fajne... nie ograniczało mi życia, nie przytłaczało mnie i miałam czas na pracę, którą kocham, a która pochłaniała mnie w tamtym czasie bardzo. tak jak wcześniej nie miałam parcia na związek, więc nie szukałam wszem i wobec faceta, do tego skoro jakiś teoretycznie był, choć daleko, czułam pewnego rodzaju zobowiązanie i po jakimś czasie zaczęłam się chyba zakochiwać a przynajmniej zaczęła się chemia.
ON był w tym czasie za granicą... już od dawna w sumie... przyjeżdżał co jakiś czas i wtedy udawało nam się spotkać. dowiedział się ,że zakończyłam mój długoletni związek, tym bardziej cieszył się na nasze spotkanie po latach. nie wiedział jednak, że pojawił się ktoś nowy... ciężka była jego mina kiedy po przyjeździe zobaczył na lodówce moje zdjęcie z "wielmożnym"...wysłuchał jednak kto to, posiedział, porozmawialiśmy... do późna... pojechał... brakowało mi go... jak zawsze... był jedyną osobą, przy której czułam się spokojna i na prawdę szczęśliwa... nie wiedziałam jednak czy po tylu latach cokolwiek jeszcze do mnie czuje... poza tym wiedziałam jak ciężko przeżył nasze rozstanie lata wcześniej, jak dużo kosztowało go bycie moim przyjacielem mimo wszystko i wchodzenie do jego życia po raz kolejny jako druga połówka wydawało mi się słono nie w porządku... gdybym zraniła go ponownie oboje byśmy tego nie przeżyli... i chyba bałam się powiedzieć mu jak często jest w moich myślach... tamtego wieczoru spróbował pocałować mnie na pożegnanie... nie pozwoliłam mu na to... nie zrobił nic więcej, bo jak później mi powiedział odebrał mój gest jako zdecydowane: "nie mogę, jest ktoś inny"... a ja żałowałam tuż po tym jak zamknął drzwi... nasz kontakt był coraz słabszy... pisał, że kogoś poznał i że to chyba wreszcie to... ja byłam z "wielmożnym"... i tak właśnie nasze drogi rozchodziły się coraz bardziej...
wracając niestety do "wielmożnego".
podsumowując rok kalendarzowy w firmie przełożeni postanowili go zwolnić. osoba, z którą pracowaliśmy powiedziała mi o tym. powiedziała też, że mają zamiar podsumować go pod względem finansowym za korzystanie z samochodu firmowego, niedokonane zwroty, telefon i masę innych rzeczy, które miały zdecydowanie obciążyć go finansowo i jeśli złoży wypowiedzenie wcześniej to nie zdążą, więc żebym porozmawiała z nim o tym, bo jestem osobą, której posłucha. tak "pan wielmożny" odszedł z pracy. był przerażony, że w mieście gdzie mieszka nie ma żadnej liczącej się możliwości pracy, więc chyba będzie próbował szukać w Warszawie, tylko nie wie jak z mieszkaniem oczywiście, bo został bez pieniędzy itp. ... tak zamieszkaliśmy razem po ok pół roku znajomości... zasady początkowo były takie: mieszka na zasadzie podnajęcia u mnie pokoju, a związek związkiem... jeśli się rozwinie, to będziemy myśleć dalej, jeśli nie to podnajmuje nadal pokój lub spokojnie szuka innego mieszkania. szybko jednak zasady poległy. niestety niekoniecznie z mojej strony... "wielmożny" miał ogromny problem ze znalezieniem nowej pracy. jak dla mnie spowodowany głównie tym, że jego wymagania finansowe były dość duże mówiąc delikatnie, poza tym chyba nie szukał pracy tak, żeby ją znaleźć... pojawił się problem opłat za rachunki. "wielmożny" nie miał z czego... postanowiliśmy, że w moim mieszkaniu jest zdecydowanie potrzebny remont, "wielmożny" więc podjął się remontu w ramach zapłaty za możliwość mieszkania. i teoretycznie nadal szukał pracy...
ja na brak zajęcia nie narzekałam i dość często nie było mnie w domu. szybko przeszliśmy w rutynę związku... czasami miałam wrażenie, że to wszystko toczy się gdzieś poza mną... ciężko jednak było mi to sobie wyobrazić... że nie mam wpływu na swoje życie... nie wiedziałam jak to się dzieje... poskładałam to później...
Tagi: historia
09.12.2012 o godz. 19:48

no i bum... piszemy... nie pomyślałabym, że akurat niedzielny poranek będzie tym właśnie dniem... ale w sumie o wielu rzeczach, które przytrafiły mi się w życiu "nie pomyślałam"...

I.
moje życie biegnie do przodu poganiane przez nie ubłagalnie pędzący czas, usilnie rozwijane pragnieniem szczęścia wbrew przeciwnościom, które od dłuższego już czasu zatrzymują mnie w miejscu...
namiastki szczęścia nie dojrzewają, bo otacza mnie nadal klątwa człowieka, który chyba za cel postawił sobie zniszczenie mi życia... pewnie powiedziałby w tym momencie "ja nie byłem świadomy" jak zrobił to już wiele razy, ale już w to nie wierzę... już nie wierzę w żadne jego słowo... i cieszę się, że chociaż tyle się nauczyłam.

krótko przedstawiając historie moich miłości, czy ogólnie związków rozwiniętych bardziej lub mniej, było to tak: za dzieciaka jeszcze poznałam swoją pierwszą miłość, tą szczeniacką. zwykle takie miłości nie trwają wiecznie, bo z jakąkolwiek miłością świadomą i dojrzałą niewiele mają wspólnego, ale dużo uczą. ja oczywiście długo myślałam, że to ten jedyny i na pewno będziemy żyli długo i szczęśliwie... długo jako tako, bo 8 lat przetrwaliśmy... szczęśliwie...? niekoniecznie, bo młodzieńcze emocje i nasze dość burzliwe charaktery powodowały permanentny stan trzeciej wojny światowej, z przerwami na rozstania... z perspektywy lat stwierdzam, że jesteśmy świetnymi kumplami, bo znamy się na wylot, jednak błędy których narobiliśmy, to była ciężka szkoła...
wracając do przerw, to w trakcie jednej dłuższej pojawił się w moim życiu ON (piszę wielkimi, bo to ważna osoba, choć na razie z tej historii zniknie). głupota moja młodzieńcza chciała ażebym jednak zakończyła ten związek i wróciła po raz kolejny do burzliwości, co się jednak okazało po raz ostatni... jeszcze kilka miesięcy i mimo zaręczyn oraz wszelkich prób dojrzewania związek długi dobiegł końca. trwało to kilka dni i było okupione łzami, ale rozstanie było w miarę w porządku z obu stron. później poznałam kogoś słono starszego ode mnie, ale zanim się zaczęło to się skończyło... przynajmniej upewniłam się, że wiek i dojrzałość nie koniecznie idą w parze... pewnie bardzo często nie idą... ten czas był też czasem kiedy zmieniałam pracę i nowa firma otworzyła mi wiele możliwości zawodowych, więc pracowałam jak mrówka, do tego nie mając zobowiązań wobec drugiej połówki, głównie z powodu jej braku, mogłam spokojnie rzucić się w wir pracy. jednak każde zmiany związane są z pojawieniem się w naszym życiu nowych ludzi... i tu pojawił się on (piszę małymi, bo choć ważny jest w tej historii, to nie uważam, że zasługuje na wyróżnienie... muszę go jakoś nazwać, ale przyznam, że mam z tym problem...)... w każdym razie oszałamiający dentystycznym uśmiechem z nienaganną prezencją, pojawił się w moim życiu ten ktoś. mówił, że zakochał się od pierwszego wejrzenia, że nie spotkał nikogo takiego jak ja... bla bla bla... standardowe słówka, w które kobiety chcą wierzyć... w uporem maniaka przekonujący w każdej kwestii i to powinno było mnie zastanowić, jednak zaślepiona nadzieją jakiejkolwiek prawdziwości z jego strony ominęła ta myśl moją głowę...
w tym momencie moje życia nabrało tempa psychodelicznego a bieg wydarzeń był mocno nieprzewidywalny...
woli wstępu do tej historii tyle...
reszta później...
Tagi: historia
09.12.2012 o godz. 09:00

pół roku... tyle minęło od mojego ostatniego wpisu... sentyment do bloblo pozostał, więc i konto pozostało... a tak w sercu, to chyba wiedziałam, że prędzej czy później coś dopiszę...
chodzi mi po głowie dłuższa notatka... w sumie notatek kilka... może kilkanaście... nie wiem czy dziś jest właściwy dzień na początek, jednak czuję, że ten początek się zbliża...
historia... długa historia... moja historia... ciężka, bolesna i wciąż rozdrapywana nie na moje życzenie... i właśnie z tego powodu, bo i tak wszystko trwa mimo upływu czasu, pomyślałam, że spisanie tego może być kropką na końcu tej zawiłości mojego życia... mam tylko nadzieję, że jeśli skończę, to historia i jej wspomnienia na tej kropce także zostaną.
jeśli skończę, bo to dość niepewne... nie wiem czy starczy mi siły i motywacji... nawet nie zaczęłam... choć napisanie czegokolwiek po takim czasie to zawsze jakiś początek...
głęboki oddech...
dziś nic więcej...
muszę się przespać...
06.12.2012 o godz. 21:16

trochę się przeniosłam ostatnio... trochę oficjalniej... trudniej, ale cóż... decyzja padła... wstawię jednak coś i tu, bo to miejsce nadal jest 'takie moje'... pozytywne sentymenty...

dziś kolejny z dni, które mogę nazwać przełomowymi w moim życiu… przełomowy pod względem podjęcia ważnych decyzji, ale też zmieniający po raz kolejny moje wnętrze…

dziś uświadomiłam sobie jak bardzo przez nasze lęki i kompleksy jesteśmy w stanie krzywdzić innych… zawsze wydawało mi się, że ludzie z masą kompleksów są wycofani, nieufni i raczej stroniący od wszelkiego rodzaju sytuacji, które mogą ich w jakikolwiek sposób wystawić na światło publiczne… myliłam się…

od dłuższego już czasu pracuję nad poznaniem przyczyn agresji ludzkiej, tej czynnej jak i biernej zarazem. nie trzeba krzyczeć czy bić, żeby przejawiać agresję, choć wiele osób nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. w wielu tematach bardzo męczy mnie pytanie: ‘dlaczego?’. tutaj także. chciałam zrozumieć skąd biorą się takie a nie inne zachowania, dlaczego niektórzy ludzie mają wręcz potrzebę poniżania innych… wiem, że generalizować się nie da, ale zdecydowanie w większości przypadków katy swoich ofiar są zdecydowanie bardziej zakompleksione i lękliwe niż same ofiary… ciężko było mi to zaakceptować, ale dziś stanęłam w obliczu kolejnej sytuacji, która mi to udowodniła. wygląda na to, że wg zasady „najlepszą obroną jest atak” często atak występuje bez realnego zagrożenia, tylko w wyniku naszej obawy, że takie właśnie zagrożenie może nastąpić. jeżeli nie jesteśmy w stanie poradzić sobie z kompleksami i obawami i zaczynają one narastać do granic absurdu, mamy dwa wyjścia: zamykamy się w sobie i przyjmujemy ‘ciosy’ albo broniąc się pełną piersią atakujemy zanim ktoś zaatakuje nas… wtedy właśnie każdy ruch wykonany w naszym kierunku odbieramy jako napaść. nie zależnie od intencji wobec nas widzimy wszystko tylko i wyłącznie przez pryzmat strachu. i zaczyna się: „no to ja wam pokażę”, czyli atak i wejście w rolę kata zanim staniemy się ofiarą. to straszne… zarówno dla ofiary jak i samego kata, który cały czas jednak odbiera krzywdę otoczenia jak ofiara całego świata i w tym momencie w jego oczach role się odwracają… zakręciłam, ale tak to mniej więcej wygląda… jeszcze do niedawna było by mi szkoda człowieka w takiej sytuacji /w sensie kata/, może nadal trochę jest… ale przez doświadczenia ostatnich kilku lat nie jestem w stanie wskrzesić w sobie współczucia… problem drugi polega na tym, że próbując pomóc, trzeba uświadomić takiej osobie, choć w małym stopniu, jej lęki, a to zadanie karkołomne, bo taka próba będzie odbierana jako kolejna napaść… hmm…

woli podsumowania przemyśleń tyle, bo rozwiązania problemu nie mam…

przykre tylko, że czasem wolimy ‘zgnoić’ drugą osobę bardziej niż sami czujemy się ‘zgnojeni’ tylko po to, żeby było nam lepiej…
11.06.2012 o godz. 18:46

5 przykazanie. nie zabijaj.

jeśli zabijesz człowieka, odbierzesz mu życie, spotka Cię kara, ludzką ręką wymierzona - pozbawienie wolności na okres lat wielu.
a kiedy ktoś odbiera nam życie pozwalając nam żyć fizycznie... omamia nas, osacza, nęka, dręczy, poniża, gwałci, bije, śledzi, monitoruje, nagrywa... wykańcza... jaka kara go spotka...? pozbawienie wolności w takich przypadkach jest ułamkiem kary za zabójstwo, bo przecież ofiara żyje... jak żyje...? nie wiem co lepsze...
ból na skutek zadawanej formy śmierci a potem cisza... nie ma nas, ale nie ma też bólu... jest ból rodziny, którego nie odczuwamy, bo nas nie ma... nie ma nic, ale nie ma bólu...
życie w bólu... fizycznym/psychicznym... nadal ból... nadal życie... takie zabijanie 'powoli'... nikt nie widzi... albo nie chce się wtrącać... aż zapada decyzja o odebraniu sobie życia... morderstwo w białych rękawiczkach... idealne. ofiara po śmierci okryta płaszczem choroby psychicznej... i bezkarny morderca.
19.05.2012 o godz. 23:48

.rodzina.
standardowa definicja rodziny jest dla mnie ostro przereklamowana. to, że rodzimy się ze związku dwojga ludzi, choćby trwał tylko czas współżycia które zakończyło się poczęciem, dla mnie nie jest równoznaczne z posiadaniem rodziny. biologicznych rodziców mamy, ale poza materiałem genetycznym, z którego powstaliśmy istnieje zawartość emocjonalna naszych głów, która to właśnie stanowi o naszym charakterze, odczuciach serca i postrzeganiu świata, a tą właśnie tworzą nie tylko nasi biologiczni rodzice, ale każdy człowiek, który choć przez moment przewinął się w naszym życiu. ludzie mijają nas, poznają, zapominają... w każdym życiu przewija się wiele osób... ale niektóre z nich zostają, trwają z nami, idą wspólną drogą, długą drogą, czasem całe życie... z niektórymi z nich możemy nie mieć stałego kontaktu, ale wiemy, że są. wiemy, że zawsze będą nie zależnie od wszystkiego. tych ludzi nazywamy przyjaciółmi. nie są z nami z powodu więzów krwi czy jakiejkolwiek czystej zależności, tylko z zupełnie własnej nieprzymuszonej woli, zawsze wspierając. mogą być nimi rodzice, może być rodzeństwo, choć bywa różnie...
tacy ludzi są dla mnie rodziną... taką rodziną serca. ich cenię najbardziej i ich wszystkich kocham.
13.05.2012 o godz. 16:46

nie rozumiem. brak zrozumienia dla pewnych działań będzie mi towarzyszył już chyba do końca życia. jak można tak bardzo kłamać? niszczyć wszystko co nie poddało się podporządkowaniu? czy to jest wiodącym nurtem tego świata? walczyć dla samego faktu walki pod flagą dobra innych... nie rozumiem i nie zrozumiem.
i nigdy nie zrozumiem dlaczego ojciec chce odebrać dziecko matce tylko po to, żeby się na niej zemścić.
Tagi: ...
12.05.2012 o godz. 01:45

chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać pomysłowość ludzka... PODZIWIAM! wręcz osoby, które potrafią kłamać prosto w oczy z przekonaniem swojego triumfu... najgorsze, że nadal w bardzo głupi sposób próbuję zrozumieć co kieruje takimi ludźmi... tego nie da się zrozumieć... cóż... jako zło całego świata w jednej mojej osobie, nie pozostaje mi nic innego jak iść do przodu i czekać... czekać aż rozwiane zostaną kłamstwa, bo prędzej czy później to nastąpi.
czekam więc...
08.05.2012 o godz. 23:08

jakiś czas temu usłyszałam pytanie: "czy czujesz się samotna?"
mam maleństwo... jest przy mnie 'mój wymarzony'... mam rodziców, rodzeństwo, przyjaciół... ludzie mnie wspierają i pomagają mi jak mogą...
czy czuję się samotna? tak...
jakby mój świat nie miał żadnego przebicia do świata zewnętrznego... jakby ludzie mnie słyszeli, ale mnie nie słuchali... jakby wspierali mnie nie wiedząc tak na prawdę co jest mi potrzebne albo tak 'z klucza' jak każdemu...
czasem czuję jakby ludzie mi nie ufali, nie w sensie, że ja ich zawiodę, ale jakby dawali mi do zrozumienia, że nie poradzę sobie z własnym życiem jeśli nie będą mnie pilnować... wielokrotnie te same pytania, kolejne upominania, poganianie... i złość. złość kiedy próbuję zakomunikować, że nie mają powodu... a to podobno moje życie...
nie mają siły na nic... są wiecznie zestresowani, przemęczeni, nie ogarnięci... mają prawo do złości, odreagowania, wszelkich emocji... a ja? stateczna...? mam być stateczna... spokojna... opanowana... zawsze adekwatna do sytuacji...
i jak przychodzi moment kiedy potrzebuję prawdziwego wsparcia... ramienia, w które się wybeczę...
czy czuję się samotna? tak...
nie mam na to siły...
06.05.2012 o godz. 16:49

problem.
we wszystkim problem. inni widzą problem a ja powinnam ustąpić dla 'świętego spokoju'... ciekawe... jak chcą żebym walczyła a ja tego nie robię - jest problem... jeśli nie ustąpię - jest problem... jeśli chcę przeczekać - jest problem...
i o dziwo skupia się to na mnie a nie na osobach, które ten problem tworzą lub widzą... a wspomniany problem przecież dotyczy mojego życia... skoro ja go nie mam, to dlaczego mają go inni... mają go w moim życiu... nie rozumiem tego... wszędzie są problemy, wszystko jest swoistym problemem mniejszym bądź większym, ale czemu jeszcze wynajdywać problemy innym lub przejmować się osobowo czyimiś problemami...
skoro mam się za przeproszeniem wysrać też jest to swoisty problem, zwłaszcza jeśli jest nie odpowiednia pora czy miejsce, ale jeśli ktoś ma robić problem z tego, że to ja nie mam gdzie załatwić swojej potrzeby fizjologicznej i jeszcze naskoczyć na mnie, że nie zrobiłam tego wcześniej to ja na prawdę bardzo podziękuję.
06.05.2012 o godz. 13:57

nadzieja to dziwna sprawa... wiele razy ja wyklinamy, wypieramy się jej, odrzucamy od siebie... a jednak kiedy chcemy, żeby było dobrze nadzieja jest pierwszym uczuciem, które nam towarzyszy... i mimo różnych sytuacji właśnie w tym pierwszym momencie czujemy się najlepiej... trzyma nas... jakby dawała nam życie wbrew przeciwnościom... a później znowu ją wyklinamy, jakby nie pamiętając ile dla nas zrobiła... i znowu jej nie chcemy, a ona znowu przychodzi... i znowu daje chwilę odpocząć... i tak w kółko...
04.05.2012 o godz. 23:53

łatwo jest przybrać maskę?
zależy jaką...
w sieci łatwiej. paradoks internetu polega na tym, że jeśli podajemy prawdziwe imię i jesteśmy rozpoznawalni, łatwiej jest nam ubrać twarz w uśmiech a duszę w siłę. kiedy możemy być spokojnie ukryci pod dowolnym loginem, nadając sobie nową osobowość jesteśmy prawdziwi...
.prawdziwi - nieprawdziwi.
.nieprawdziwi - prawdziwi.
śmieszne... żałosne... a jednak tak powszechne...
ja też...
tak na prawdę po co się odkrywać...? aż tak obnażać... czy ktoś to doceni...? raczej wyśmieje albo będzie 'w temacie' na bieżąco ze zwykłej ciekawości...
.gmeranie w duszy z nieświadomością zadawanego bólu.
nie warto. ludzie nie lubią być prawdziwi. ludzie nie chcą ludzi prawdziwych. królestwo plastiku i sztuczności.
.ja.chcę być prawdziwa.
chcę bardzo. nie myśląc o tym co na to inni. tak bardzo chcę wylać to jaka jestem nie wstydząc się tego. ludzie nie są na to gotowi. a i teraz jeszcze ja nie jestem...
.kokon - ciąg dalszy.
03.05.2012 o godz. 14:37

.nie wiem.
.nie wiem.
.nie wiem.
.nie wiem.
.nie wiem.
.nie wiem.
.nie wiem.
.nie wiem.
.nie wiem.
cała się trzęsę w środku. na zewnątrz nie mogę, ale serce bije jak opętane. uśmiecham się i idę przed siebie... ale nogi mi drżą... jestem nieufna, ale nie czuję teraz braku zaufania... czuję strach... nie wiem czego dotyczy... po prostu czuję...
wyjaśni się prędzej czy później, ale czas działa na moją niekorzyść... ten strach mnie pożera a ja nie mogę na to pozwolić... ale pozwalam... po raz kolejny... walczę, ale biernie... nic nie mogę zrobić więcej... trwam w tym... niech coś się szybko stanie... niech cokolwiek się okaże...
.nie wiem.
.nie wiem.
.nie wiem.
zmęczona... znowu jestem zmęczona...
Tagi: źle
03.05.2012 o godz. 13:06

"życie to nie bajka, to jest bitwa"
dźwięczące bardzo często mi uszach słowa mojego ojca zdecydowanie trafnie opisują rzeczywistość. ale ALE żeby dziś trochę ją pogmatwać, tą rzeczywistość w sensie, bo nigdy zbyt prosto być nie może przytoczę tekst pewnej 'wróżby', a mianowicie aplikacja 'ciasteczko z wróżbą' na portalu facebook przepowiedziała mi tak: "To będzie jak cud - wydarzy się coś, co wydaje Ci się niemożliwe." i tak idąc tym tropem czekałam... i czekałam... i czekałam... i w nawet nie tak bardzo długo czekałam aż się stało. dziś jest ten dzień, od kiedy moje życie chyba powoli zmienia swoje tory... aż strach pomyśleć, ale ALE jeśli wszystko będzie się układało tak 'magicznie' jak dzisiaj, to może jednak życie będzie dla mnie bajką...? bo od czasu odczytania wspomnianej wcześniej przepowiedni działy się rzeczy różne... dążące do zmian, o których marzyłam... i dziś właśnie te zmiany mają swój prawdziwy, realny w zupełności początek. czyżby mając poznać życie miałam przejść skrajne sytuacje, żeby po tym wszystkim po prostu żyć szczęśliwie i happy end jednak nastąpi...?
budzi się wiara.budzi się...?.budzi.
26.04.2012 o godz. 22:17

notatek minus 1.
była. nie ma.
zdarzenie było, nie wymażę go tak łatwo jak notatki.
pamiętam.
spisane, choć już nie tutaj.
prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw. nie mogę się bać. nie mogę żyć w wiecznej niepewności, którą fundują mi osoby zupełnie już mi obce.
idę do przodu.
przeszłość za mną.
strach też muszę tam zostawić.
Tagi: podsumowanie
26.04.2012 o godz. 15:25

burzy mój spokój niepewność. każdego dnia. bez przerwy. bezpowrotnie.
burzy mój spokój strach. bezpodstawny.
jedno karmi drugie.
Tagi: ...
23.04.2012 o godz. 22:49

dałam się podejść jak dziecko. emocje powoli opadają i dociera do mnie, że znowu dałam się wciągnąć w absurdalną grę mojego unicestwienia.
nie nadaję się do życia w tym świecie. tu króluje kłamstwo a sportem narodowym państwa każdego jest bieg po trupach.
problem w tym, że nie mam wyboru a żyć chcę, więc muszę walczyć dalej, muszę zebrać siły, muszę dać radę. dla maleństwa.
Tagi: podsumowanie
22.04.2012 o godz. 22:37

.nic mi się nie chce.
popadam w totalną bezsilność nabierając coraz większej niechęci do wszystkiego co mnie otacza... powinnam się położyć, bo muszę się zerwać wczesnym rankiem a nawet nie mam na to ochoty... i nie żebym nie była zmęczona... siedzieć i klikać też nie koniecznie mam ochotę, ale jak już zaczęłam to siedzę... mam tak wiele myśli w głowie, że aż wydaje mi się pusta... może to trochę dziwne, ale tak jest... dobija mnie moja codzienność... czekanie aż będzie lepiej... ciągła walka dosłownie o wszystko na czele z myślą: 'już niedługo to się skończy'... potrzeba czasu... tylko czasu... i wszystko się wyjaśni, unormuje... kiedyś musi się uspokoić... nie wiem tylko czy to dla mnie nie za długi dystans... jestem już wyczerpana a wszystko jeszcze przecież przede mną... po każdym kopniaku od życia staję na nogi, ale coraz bardziej 'na siłę'... zmuszam się do jakiegokolwiek działania, funkcjonowania...
.ale mi się nie chce. nie chce mi się zmuszać do czegokolwiek... a jednak to robię... chyba nie mogę przestać... kiedy się zatrzymam - upadnę... muszę więc iść...
.ale mi się nie chce. beznadzieja...





.ale mi się chce. widzieć uśmiech mojego dziecka mi się chce. jego słodkie minki widzieć mi się chce. przytulić się do Niego mi się chce. cieszyć się, że jest mi się chce.


.najmniejszy - największy.
wiarę w życie przywraca
wiarę w ludzi przywraca
nadzieję przywraca
Tagi: ...
20.04.2012 o godz. 23:05
statystyki
  • Czas na Bloblo: 1 dni 1 godzine 40 minut
  • Napisanych notek: 33
  • Komentował: 5 razy
  • Zebranych komentarzy: 10
  • Ostatni wpis: 07.08.13, 02:22
  • Wpis średnio co:
  • Profil odwiedzono: 72455 razy
  • Ilość avatarów: 3
  • Ilość zdjęć: 0
  • Ilość filmów: 0
  • Ilość logowań: 45
  • Ostatnie logowanie: 07.08.13, 02:12
  • Ostatnio odwiedzili: kropkiikreskii, Yuuki, Happy, dremaer, Lolla91, avada-kedavra, Vanschizu, Pati-1D, LIFESUCKS
sekcja użytkownika
Jakiekolwiek korzystanie z treści oraz zdjęć tego bloga bez wiedzy właściciela jest zabronione. (Dz. U. Nr 24, poz. 83)